To, co początkowo miało być jedynie niewielkim remontem wnętrz, z czasem przekształciło się w złożoną modernizację obejmującą również dobudowę całkowicie nowej kondygnacji. Felsenburg House to projekt autorstwa Sara Gelibter, obejmujący renowację oraz nadbudowę istniejącego budynku na potrzeby przestrzeni dla pary artystów.
EFH – Felsenburg House
Nadbudowa budynku w Biel/Bienne, Szwajcaria
Autorzy projektu: Sara Gelibter Architecte
Zespół projektowy i współpraca: R. Mantuano Sàrl, Peseux | J.K-Charpente, Brügg | Despont, Biel/Bienne,
Schmid und Pletscher AG, Nidau | Posarte, Kerzers | Giampani, Biel/Bienne | Major
Toiture, Biel/Bienne | Fasel
Neuchâtel
Powierzchnia: 280 m²
Zdjęcia: Cyril Käppeli



Felsenburg House
Inwestorzy zakupili nieruchomość w 2020 roku. Już podczas pierwszej wizyty na miejscu ujawniło się kilka istotnych problemów, które później okazały się kluczowe dla rozwoju całego projektu. Dopiero po zakupie właściciele odkryli, że konstrukcja dachu znajduje się w złym stanie technicznym.
Główna idea projektu opiera się na połączeniu kilku kluczowych aspektów: istniejącej struktury budynku, ograniczeń budżetowych oraz chęci inwestorów do eksperymentowania z rozwiązaniami o niskim wpływie na środowisko. Historia obiektu sięga czasów, gdy Biel/Bienne było jeszcze wiejską osadą. Pierwotnie był to prosty budynek gospodarczy związany z lokalnym przemysłem winiarskim, który później został przekształcony w obiekt wykorzystywany przez przemysł galwaniczny. Chociaż brak dokładnych danych historycznych, przypuszcza się, że to właśnie na tym etapie powstała linia kolejowa — trapezowy kształt rozbudowy wydaje się wynikać bezpośrednio z obecności torów.
Pierwotnie budynek funkcjonował w otoczeniu pozbawionym infrastruktury kolejowej. W latach 20. i 30. XX wieku, wraz z rozwojem kolei, został rozbudowany zarówno w poziomie, jak i w pionie. W późniejszym okresie dodano osobny segment, wykorzystywany przez około pięćdziesiąt lat do produkcji przemysłowej, aż do przekształcenia obiektu w schronisko młodzieżowe w 1968 roku. Od tego momentu budynek był poddawany licznym, fragmentarycznym i niespójnym ingerencjom, które stopniowo osłabiały jego strukturę: wnętrza podzielono na małe pomieszczenia, zaburzono rytm otworów okiennych, a w latach 80. XX wieku — podczas adaptacji na cele mieszkaniowe — konstrukcja została poważnie naruszona.
W tamtym czasie wysokość kondygnacji została podniesiona do 2,40 m, aby umożliwić użytkowanie najwyższego poziomu jako przestrzeni mieszkalnej. Jednocześnie przecięto stalowe ściągi odpowiadające za stabilność konstrukcyjną budynku. Uszkodzenia dachu przez ponad czterdzieści lat pozostawały niezauważone, dlatego nowi właściciele nie byli świadomi ich istnienia w momencie zakupu nieruchomości.
To właśnie te problemy stały się punktem wyjścia do stworzenia zupełnie nowej koncepcji. Analiza obowiązujących przepisów wykazała możliwość nadbudowy dodatkowego piętra, co stało się kluczowym elementem interwencji projektowej. Konieczność odbudowy niestabilnego dachu stworzyła okazję nie tylko do odtworzenia istniejącej formy, ale do zaprojektowania całkowicie nowego rozwiązania — swoistego „domu na domu”. Dzięki temu zwiększono kubaturę i powierzchnię użytkową budynku oraz dodano dwa nowe pomieszczenia odpowiadające potrzebom zawodowym inwestorów.


Ta transformacja, wyraźnie widoczna w sylwecie architektonicznej obiektu, nadała projektowi unikalny charakter, czyniąc go rozpoznawalnym punktem odniesienia w przestrzeni wsi. Przyjęta metoda budowy wynikała jednak przede wszystkim z praktycznych przesłanek: zastosowanie prefabrykowanej konstrukcji drewnianej umożliwiło montaż nowej nadbudowy w ciągu jednego dnia, przy wykorzystaniu helikoptera oraz pracy cieśli na miejscu.
Projekt elewacji został w dużej mierze podporządkowany konieczności ochrony wnętrz przed hałasem generowanym przez pociągi. Zastosowano płyty włókno-cementowe wykonane z recyklingowanego cementu i włókien drzewnych, wybrane ze względu na wysoką izolacyjność akustyczną, niską masę własną oraz łatwość montażu. Oprócz materiałów izolacyjnych kluczowe znaczenie miało również opracowanie otworów okiennych: wszystkie istniejące okna od strony torów zostały zamknięte, podczas gdy przeciwległa elewacja została całkowicie otwarta na widok Alp.
Wyjątkowym aspektem tego projektu była relacja pomiędzy architektką a właścicielami, którzy wykazywali otwartość na niestandardowe rozwiązania i aktywnie uczestniczyli w procesie projektowym, proponując własne pomysły oraz samodzielnie realizując znaczną część prac. Inwestorzy całkowicie przejęli wykonanie parteru, odpowiadając za posadzki, malowanie, zabudowy gipsowo-kartonowe, tynki oraz meble.
Rodzina inwestorów od lat była związana z branżą budowlaną: ojciec męża pracował przy scenografii i oświetleniu, natomiast brat żony jest elektrykiem — obaj wnieśli swój wkład w realizację projektu. Przy realizacji nowej kondygnacji dołożono wszelkich starań, aby ponownie wykorzystać istniejące materiały. Przykładowo, elementy starej kuchni zostały zachowane i wkomponowane w nową przestrzeń mieszkalną. Tymczasowa konstrukcja zabezpieczająca, wykorzystana podczas demontażu dachu, została następnie użyta jako materiał do izolacji wnętrz. Zamiast metalowych profili zastosowano drewniane konstrukcje pod zabudowy gipsowo-kartonowe, a odzyskane drewno posłużyło także do budowy zewnętrznej pergoli oraz wykonania mebli.
Wewnętrzne schody pochodzą z teatru rozbieranego przez ojca jednego z inwestorów — co ciekawe, ich wysokość idealnie odpowiadała wysokości kondygnacji budynku, stając się symbolicznym detalem projektu. Pozostałe elementy prefabrykowane zostały przetransportowane i zamontowane tego samego dnia, w którym wykonano operację transportu helikopterem.
– Najpiękniejsze w tym projekcie było dla mnie to, że pozwolił on dwóm osobom, które nie są architektami, odkryć w sobie wrażliwość, o której prawdopodobnie wcześniej nawet nie wiedzieli. Nigdy nie wyobrażali sobie, że będą budować własny dom, ale widząc ich naturalną intuicję i podejście do procesu twórczego, wspierałam ich w rozwijaniu tego talentu — niemal tak, jakby sami stali się architektami. Dziś największą satysfakcję daje mi widok ich szczęścia oraz poczucia głębokiej więzi z efektem końcowym. Inwestorzy z entuzjazmem uczestniczyli w każdym etapie, ponieważ każda decyzja była wspólnie omawiana, analizowana i wyjaśniana. Jako architektka bardzo wiele się od nich nauczyłam. Zrozumiałam, że szczególnie w projektach prywatnych najlepsze rezultaty rodzą się ze współpracy i prawdziwego dialogu. Z czasem zostałyśmy bliskimi przyjaciółkami. Kiedy po raz pierwszy weszłam do ich nowego domu, pomyślałam: tak właśnie sama bym to zrobiła. Nie dlatego, że przypomina mój własny dom, ale z powodu autentyczności, z jaką to miejsce powstało. Dziś ten dom jest po części również mój – opowiada Sara Gelibter, autorka projektu.






















